Rekin row na facebook

Wspomnienia - Andrzej Wyglenda

Jakiś czas temu ukazała się książka o panu. Co pan sądzi o niej?
– Najbardziej byłem ciekaw rozdziału, w którym są wypowiedzi różnych osób na mój temat. Dobrze o mnie mówili. Zauważyłem, że autor zadał sobie sporo trudu szperając gdzieś w archiwach, bo jest w tej książce sporo rzeczy, których już nie pamiętam, a także takich, o których nie wiedziałem.

Czy czegoś pan żałuje?
– Z wyjazdów zagranicznych pozostał mi niedosyt, bo nie udało mi się pozwiedzać miast, w których startowałem. W Londynie byłem chyba z sześć razy, a znam tylko stadion. Cała moja turystyka to widoki zza szyby samochodu lub autobusu.

Były jakieś zabawne sytuacje z kibicami?
– Hm… To były początki mojej kariery sportowej. Jechałem z Raciborza na mojej słynnej SHL 125 do Rybnika na mecz. Po drodze zabrałem faceta „na stopa”, który chciał, żebym jechał szybko, bo musi zdążyć na mecz, w którym startuje. Zapytałem go jak się nazywa, a on odpowiedział, że… Andrzej Wyglenda. Zajechaliśmy pod bramę i tam, gdy zszedł z motoru, powiedziałem mu po męsku, kto będzie w tym meczu jechał...

Pamięta pan swój pierwszy mecz?
– Pierwszy mecz w swojej karierze miałem w Lesznie. W jednym z wyścigów jechałem na zaszczytnej, czwartej pozycji, gdy nagle przede mną przewrócił się zawodnik gospodarzy. Nie chciałem w niego uderzyć, położyłem swój motocykl i nie dojechałem do mety. Sędzia zauważył, co się stało i przyznał mi jeden punkt. Wówczas zaliczano wyścig od połowy ostatniego łuku, a to było na pierwszym ostatniego okrążenia. Mimo to przyznał mi ten punkt, a publiczność nagrodziła mnie gromkimi brawami za to, że tak się zachowałem. Podobna sytuacja miała miejsce w Anglii, ale rozegrała się na ostatnim łuku. Miejscowy zawodnik upadł, a ja wjechałem w niego! Leżeliśmy razem na torze, z tym, że ja byłem tyłem do mety. W pewnej chwili kibice zaczęli głośno krzyczeć. Nie miałem pojęcia o co chodzi, aż nagle zobaczyłem, że Anglik podniósł motocykl i biegnie z nim do mety. No to ja wstałem i w pogoń za nim. Jak to później określił Jan Ciszewski, wyprzedziłem go na mecie o grubość opony. Za tę walkę promotor angielskiego klubu przyznał mi premię pięć funtów. To było sporo pieniędzy, nasza dieta wynosiła funt i szesnaście szylingów. Wpisał jednak to do protokołu. Wówczas nasz prezes – Tadeusz Trawiński, który był kierownikiem drużyny, powiedział, że ja tych pieniędzy nie dostanę. Najpierw muszę je oddać do ambasady, potem nie wiadomo jaki będzie przelicznik i ile procent z tego będzie dla mnie. Gdy to usłyszał angielski promotor, to porwał ten protokół, a pieniądze wręczył mi do ręki. No i oczywiście zapłacono mi także za ten jeden zdobyty punkcik. Jako ciekawostkę powiem, że tam nie było takich protokołów jak u nas z całą masą podpisów i pieczątek. Jako oficjalny protokół był program z zawodów z podpisem promotora.

Bywa pan teraz na meczach w Rybniku? – Czasami jestem, ale już nie gonię tak szaleńczo jak kiedyś. Teraz to i pogodę biorę pod uwagę, czy jechać, czy nie.

Jest coś, czego nie udało się panu zrealizować?
– Nie umiem pływać. To znaczy potrafiłem przepłynąć ze dwadzieścia metrów, ale nazwałbym to rozpaczliwym stylem przed utonięciem.Mieliśmy kiedyś zgrupowanie w Gdańsku Oliwie i chodziliśmy na basen. Było tam trzech mistrzów Polski, którzy nie umieli pływać. Przypuszczam, że jeszcze ktoś by się znalazł, ale tylko Marian Kaiser, Henio Żyto i ja przyznaliśmy się do tego, paradując w kołach ratunkowych. Mimo że taki ze mnie marny pływak, to na basen chodziłem. Nawet skakałem z trampoliny, ale zawsze blisko drabinek (śmiech).

Uważa się pan za dziecko szczęścia?
– Myślę, że tak. Powiedziano mi, że urodziłem się w niedzielę. Nigdy tego nie sprawdzałem, czy faktycznie była to niedziela. Mamę nie mogłem o to zapytać, bo zginęła w okupacji, gdy miałem cztery latka, ale uważam, że i tak miałem w życiu szczęście.

Rozmawiał: Marek Miketa "TYGODNIK RYBNICKI"